R. Kapuściński
"Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca.
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej."


środa, 14 września 2011

ul. Sezamkowa

Troszeczkę za zachodnią granicą Wrocławia...

Buty

Lubię te buty :)
Wiszą sobie cały rok.
I już nawet wycieczki niemieckich (też) turystów robią im zdjęcie.
Na 100% mają przed sobą świetlaną przyszłość zaraz obok krasnali i hali ludowej. Ot takie oto buty :)
Gdzie wiszą?

Kuferek z Koralikami


Nawet w pochmurny dzień - miejsce bajecznie kolorowe. Pełne uroczych drobiazgów, które doceni z pewnością każda kobieta (i nie tylko:) ) Miejsce, które cieszy oczy i poprawia humor.
To Kuferek z Koralikami - sklepik z jak sama nazwa mówi największą ilością koralików jaką widziałam w jednym czasie i jednym miejscu. Drewniane, szklane, plastykowe, akrylowych - wszelkiego rodzaju i wszelkiej maści. Można nabyć w nim też przeróżne kolczyki, wisiorki, broszki, sznureczki, tasiemki czy inne akcesoria do tworzenia biżuterii. Dodatkowo w Kuferku jest okazja do naprawienia zepsutej biżuterii i zmodyfikowania jej na bardziej użyteczną.


 






Można w Kuferku kupić bon prezentowy. Moim zdaniem świetny pomysł na imieniny, urodziny i inne święta.
 
 Kuferek z Koralikami znajduje się przy ul. Jedności Narodowej 52 (tuż przy Zielonej Kładce obok Wyspy Słodowej) i jest otwarty w tygodniu od 10:00 - 18:00 a w sobotę od 10:00 o 14:00.


I w dodatku Kuferek oferuje kursy i pokazy!
- decupage
- kurs wyrobu biżuterii dla początkujących
- filcowanie na sucho i mokro
- pokazy wyrobu biżuterii dla dzieci, dla firm na imprezach okolicznościowych.


Tu każdy może wybrać sobie koraliki jakie tylko zechce, może sam nawlec je na sznureczek czy łańcuszek i do tego wszystko na prawdę za grosiki!

Tu sobie można pooglądać jak kuferek wygląda.

Uwaga miejsce uzależnia!

ENH

W ostatni tydzień lipca we Wrocławiu czuje się jakby "coś" filmowego wisiało w powietrzu. To tu prawdziwi pasjonaci kina wychodzą na film i wracają po tygodniu. Ja pasjonatką może nie jestem, ale atmosferę wrocławskiego Rynku codziennie po 22:00 uwielbiam. Choć mam wrażenie, że z roku na rok organizatorzy szykują coraz mniej krzeseł, co jest ewidentnym problemem :) Ale od początku.
http://film.interia.pl/news/nowe-horyzonty-bez-ery,1656949
W komunikacji MPK spotykam się z opiniami mieszkańców, że festiwal zrobił się pretekstem do spotkań ludzi spragnionych prestiżu. Na forach można zauważyć mnóstwo postów o tym, jaki festiwal jest cudowny i wspaniały a zaraz po tym, że w sumie to jeszcze nigdy się na film nie wybrali. To skąd wiedzą, że jest cudowny? I jeszcze te wszelkie narzekania, że w Cieszynie to był klimat, wszyscy żyli tym festiwalem, a tu tylko określone, niewielkie grono. A co z tymi, którzy w popłochu pytają wrocławiaków jak dojść do Arsenału, Heliosa czy jakim tramwajem jedzie się na Wyspę Słodową? Już pierwszego dnia festiwalu można było spotkać mnóstwo ludzi siedzących przy kawie z przewodnikami, harmonogramami festiwalu. W Heliosie trwa cały czas ogólne zamieszanie polegające na "internetowym rezygnowaniu" z biletu na dany film i szybkim polowaniu na wolne miejsce.
Każdy kij ma dwa końce. I siedząc wczoraj na dzielnie zdobytym ostatnim wolnym krześle na Rynku, próbując ze skupieniem obejrzeć Essentail Killing, niestety nie mogłam. Bo fakt faktem - w filmie było mało dialogów, ale za mną grupka ludzi, która na projekcje przyszła głośno porozmawiać (ba!), poszydzić z filmu, na który może dwie osoby z owej grupki spojrzały ze dwa razy. A co najgorsze - zajmowali chyba z 5 krzeseł! :) Niemniej jednak film polecam. Podobnie jak bogaty repertuar festiwalu NH i cały ten rozgardiasz panujący w tych dniach. Dobrze, że w te dni jakoś nigdy nie wyjeżdżam na wakacje...

A! W tym roku już na długo przed festiwalem spodobało mi się najbardziej to:

Wim Wendersa - Pina   źródło: http://news.o.pl/2011/02/25
/kon-turynski-pina-ekran-kino-bella-tarr-wim-wenders/pina-wim-wenders-2011/

Pari

Niezależnie czy do Paryża jedziemy w celach krajoznawczych, zakupowych czy jakichkolwiek innych konieczny jest parasol. I to nie tylko po to, by zrobić sobie z nim zdjęcie pod wieżą Eiffla, ale też by spełniał swój podstawowy obowiązek. Trochę deszczowo zaczęłam, ale jak miałam inaczej jak od miesiąca za oknem zamiast lipca październik. 

Miejsc, które warto w Paryżu zobaczyć jest na dobre kilka dni zwiedzania. Oprócz wielkich zabytków i atrakcji miasta są też mniej znane miejsca, lecz nie mniej warte odwiedzin. 

  • Pchli Targ – największy w Europie. Nazwa oryginalna to "Marche de Saint-Ouen". Targ ten to kilometry uliczek prawdziwych skarbów, takich za 1 i takich za 1000euro. Miło się tak po prostu powłóczyć i podpatrywać kolekcjonerów jak całkiem niespiesznie sączą wino. Więcej o nim: http://marchesauxpices.fr. Dojechać do targu można linią 4 (stacja Porte de Clignancourt) lub 13 (stacja Garibaldi). Targ można odwiedzać w soboty, niedziele i poniedziałki.
  •                     Pchli targ jest pogrupowany na mniejsze sektory.                         
    źródło: http://www.bpib.com/paris/Puces-St-Ouen-map.jpg
  • Canal Saint Martin to miejsce klimatem przypominające wrocławską Wyspę Słodową (niestety nie byłam, ale usłyszałam to od pewnego podróżnika). Kanał ciągnie się przez 4,5km i tam codziennie spotykają się ludzie na przerwie w pracy, a w weekendy odwiedzają go całe rodziny na przeróżnych wystawach, koncertach, fascynujących przedsięwzięciach jak np. kursach tańca. Wieczorami można zobaczyć tam mnóstwo głównie młodych ludzi, którzy podobnie jak na Polach Marsowych delektują się francuskimi winami tyle, że nad Sekwaną.

Smak Paryża jak i w ogóle on cały to niezła mieszanka multikulturowa. Będąc w tym mieście moje paryskie menu ograniczało się do bagietki i crepsów głównie ze względu na ogrom smaków i zapachów przeróżnych dużo tańszych kuchni, a także niecodziennych (zazwyczaj poznaję miejsca też smakiem, ale tu niestety fundusze nie pozwoliły). Myślę, że nie znając dobrze tego miasta i chcąc skonsumować jakieś specjały kuchni paryskiej, można niestety zbankrutować już na przystawce, dlatego postanowiłam asekuracyjnie skosztować nieco innych sztuk kulinarnych, które poniżej szczerze polecam.
Słodkie paryskie śniadanie - polecam!
  • Knajpka indyjska w 19 dzielnicy Paryża (stamtąd już nie daleko do wzgórza, placu Pigalle czy Moulin Rouge, w której podają cudownego kurczaka tikka masala, danie (jak głosi Wikipedia) brytyjskie danie oparte na tradycji kuchni indyjskiej i pakistańskiej. Tak więc jak mówiłam kompilacja narodowości daje się odczuć na każdym kroku. Knajpka znajduje się przy Rue de Crimée zaraz przy stacji Crimée linii metra 7. Syte danie to kwestia ok.7 Euro.
  • Zaraz obok jest też knajpka tajska. Zamówiłam tam danie akurat takie a nie inne, bo mogłam z niego zrozumieć chyba tylko jedno z dziesięciu słów. Dostałam wielgachną misę tajskiej zupy z mleczkiem kokosowym, pierożkami i makaronem. Smak niecodzienny, dla miłośników słodko - kwaśno - pikantnych będzie jak znalazł! Tym co przemawia za bardzo dobra kuchnią w tym miejscu jest fakt, że goście knajpki to sami Azjaci. Ceny bardzo przystępne.
  Niezbędnik, czyli rzeczy, o których jadąc do Paryża nie należy zapomnieć. Takich oczywiście oprócz aparatu czy rozmówek ze słownikiem. Z pewnością jest to dokładna mapa i wydrukowany plan metra. Na pierwszy dzień czy dwa pomoże się rozeznać, jaką linią dokładnie gdzie jechać itd. Choć samo metro jest bardzo dobrze oznakowane. Kolejna rzecz to otwieracz do wina, które trzeba wypić w jakimś uroczym zakątku.
I oczywiście można czegoś zapomnieć specjalnie, to doskonały pretekst do zakupów w Paryżu :)

piątek, 12 sierpnia 2011

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Widmo tęcza

a na końcu wielki garnek pełen szczęścia :)















nawet "na Śródmieściu" wygląda niesamowicie.